Od ostatniego, udanego fotograficznie, wyjazdu na wschód słońca w górach minęło już kilka miesięcy, dlatego też z radością przyjęłam propozycję koleżanki, dotyczącą piątkowego wejścia pod Śnieżnik i przywitania soboty na jego szczycie.

Do Międzygórza dotarłyśmy we dwie, nieco później niż planowałyśmy. Założyłyśmy czołówki i, niezrażone niedowierzaniem mijanych turystów, ruszyłyśmy ku szczytowi. Droga mijała szybko i miło – trzeba było zaktualizować swój stan mentalny po niemal miesiącu bez wspólnych wędrówek.

Gdy jednak przyszła pora na aktualizację położenia, okazało się, że jesteśmy w środku lasu, dokładnie pomiędzy dwoma szlakami. Cóż, nie pozostało nam nic innego jak obrać azymut na schronisko i przeć przed siebie. W trakcie moich katuszy (miałam wtedy zakwasy roku), coś zaświeciło nam za plecami. Dostawczak, który na pace wiózł hulajnogi. Idealnie! Resztę trasy pokonałyśmy pomiędzy nimi, szczęśliwe jak nigdy. Dzięki tej oszczędności czasu bez problemu przespałyśmy całą noc, by rano obserwować jeden z najpiękniejszych spektakli w życiu.

Kocham inwersję w górach, bo dodaje im niesamowitego uroku. Możecie spotkać ją zwłaszcza jesienią i zimą, gdy temperatura wraz z wysokością nie maleje, a rośnie. Tego dnia była z nami cały czas.

A oprócz tego idealna, złota polska jesień. Czego chcieć więcej?

Trasa: