Prognozy pogody na ten dzień były jednoznaczne – bardzo duże zachmurzenie i znikoma widoczność. Mimo wszystko zdecydowałam się pojechać w Tatry. Gdy nocleg i bilet autobusowy są już opłacone, wybór jest niewielki.

Cała droga z Kuźnic do schroniska na Hali Kondratowej upłynęła mi we mgle, bez choćby cienia szansy na radość z widoków. Trudno, wiedziałam, na co się piszę. Zjadłam szybkie śniadanie i ruszyłam ku Przełęczy pod Kopą Kondracką.

Nie wyglądało to zbyt obiecująco.

Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, coś drgnęło. Nieśmiało pomyślałam, że może jednak uda się coś zobaczyć. I nie pomyliłam się – aktorzy w postaci chmur powoli wchodzili na deski tego teatru.

Zaczęłam mocno przyspieszać, by być u góry, gdy wszystko się zacznie. Zdążyłam! W tym miejscu warto wspomnieć kilka słów o inwersji, którą często możecie oglądać na moich zdjęciach. O inwersji temperatury mówimy wtedy, gdy rośnie ona wraz z wysokością. Wówczas możemy obserwować morze chmur. Najłatwiej zobaczyć ją jesienią i zimą.

Po krótkim odpoczynku i wykonaniu dziesiątek fotografii, ruszyłam w kierunku Kopy Kondrackiej i pozostałych trzech szczytów, wchodzących w skład Czerwonych Wierchów. Aura nieco się zmieniła, ale takiej widoczności nie miałam nawet w najśmielszych snach.

Po lekkim załamaniu pogody podjęłam decyzję o powolnym zejściu w kierunku Doliny Kościeliskiej, odpuszczając Giewont, który pojawił się w mojej głowie w tak zwanym międzyczasie. Niestety, podczas tego wyjazdu nie było mi dane zdobyć tego szczytu, ponieważ kolejnego ranka w całych Tatrach nastąpił atak zimy i liczne oblodzenia.

Informacje praktyczne:

Trasa:

Dojazd: z centrum Zakopanego kursują busy do Kuźnic. Nieco przed wejściem na szlaki można zostawić auto na parkingach prywatnych za 20 zł/dzień.

Trudność: przy dobrych warunkach nie jest to trudny szlak. Pamiętajmy jednak o licznych wypadkach śmiertelnych w rejonie Czerwonych Wierchów. Zwłaszcza otoczenie Krzesanicy cechuje się ekspozycją.