Kto z nas nie zna zaczynania od pierwszego? Rzucenie palenia, plany na zgubienie 5 kilo, czy zawojowanie świata. Zawsze sprzeciwiałam się takim pomysłom, bo czekanie na „jutro” może się długo przeciągnąć, a tymczasem zwieńczenie mojej 7-letniej twórczości internetowej, tym razem pod jednym adresem, startuje właśnie dziś.

Ten post już zawsze będzie pierwszym, więc nie wyobrażam sobie, by nie był o górach, o których myślę z częstotliwością równą myśleniu o jedzeniu, co oddaje także nazwa strony i moje wiecznie posiniaczone nogi. Nie wyobrażam sobie również, by nie ilustrowało go zdjęcie, wykonane w Tatrach – miejscu, gdzie najgorszej jakości suchy chleb za 2 złote i kawałek banana smakują niczym Dom Pérignon.

Skąd więc taki tytuł? Pierwsza jego część to oczywiście cytat z ks. Tischnera:

W górach jest wszystko co kocham, góry to przystań, niekończąca się nadzieja, że można żyć życiem i wierzyć nie dotykając.

Dla mnie to oczywiste i, parafrazując Piotra Pustelnika, są ludzie, którym nie trzeba tego tłumaczyć i tacy, którzy nigdy tego nie zrozumieją. Postaram się jednak, by ci drudzy mieli okazję poznać ten świat i być może także go pokochać.

Jak więc po takim wstępie wytłumaczyć drugie, skrajne uczucie, które zawarłam w tytule? Choć wysoko nad poziomem morza towarzyszą mi głównie pozytywne emocje, spokój i niczym niezmącone szczęście, czasem zdarza się zakląć pod nosem i powiedzieć sobie: nigdy więcej.
Tłumy turystów, bezrefleksyjnie podążających fasiągami, puszki po piwie, czy krzyki na szlakach to stały element letniego krajobrazu.

Nie trzeba jednak innych ludzi, by na chwilę zwątpić. Wystarczy bolesny upadek ze skały, kolejne wizyty u ortopedy i nieustanny ból kolan po różnicy przewyższeń i 30-kilometrowym marszu.

Po takich dniach budzisz się rano, znów zakładasz plecak i wiesz, że można wyjść z alkoholizmu, czy też uzależnienia od nikotyny, ale z tego nie wyleczysz się już nigdy.