Gór Sowie: Świt na Kalenicy

Nie mogę spać. Widzę aparat, leżący na korytarzu. Widzę poranną pobudkę, śnieżną drogę i panoramy, które znam. M. radzi: „Zamknij oczy i wyobraź sobie coś pięknego. Zaśniesz”. Zaczynam. Bose stopy, rosa na trawie, ja, kubek kawy i wschód słońca. Idę, z wolna chłonąc wilgoć. Ta myśl mnie nie uspokaja, bo tworzę kadry i się ekscytuję.

— A Ty, o czym myślisz, gdy się wyciszasz?

— O tym, jak pięknie rura pasuje do otworu. O tym, jak montuję kominek i każdy element pasuje do siebie.

No tak, rosa pod stopami i kolanko w zlewie nigdy nie będą szły ze sobą w parze.

Góry Sowie:Kalenica. Ruszamy.

Wstaję o 3:30 i ruszam na miejsce zbiórki. O 5:00 startujemy w Góry Sowie wraz z Ewą. Otoczenie spowija mgła i wiem, że szanse na coś pięknego są równe zeru. To nic.

Idziemy we mgle, podziwiając śnieg i klimatyczną mgłę. I tak się cieszę.

Wtem pomiędzy drzewami dostrzegam złoto. Nadzieja dmucha mi w plecy, więc ruszam w kierunku szczytu. Wieje jak jasna cholera, ale już wiem, że chcę odmrozić sobie ręce. Robię dziesiątki zdjęć, przerywając kolejne ujęcia nieopisanym zachwytem.

Wschód słońca na Kalenicy

W kąciku oka pojawia się łza. Czuję wdzięczność. Za ten trudny, pandemiczny, rok, za to, że wyzdrowiałam, że tu jestem i oglądam ten spektakl.

Tuż po świcie otrzymałyśmy chwilę pięknej pogody, a po chwili całkiem się zachmurzyło. Nie narzekam, bowiem widoki przypominały baśń, zwłaszcza dla kogoś, kto na co dzień mieszka nieco niżej i zimę widuje wyjątkowo rzadko.

Trasa: Przełęcz Jugowska-Kalenica

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *